w moim języku ojczystym słowo to, ma związek z dworem, a więc budynkiem, a więc przestrzenią zamkniętą, specjalną strefą, która oddziela podróżnych od reszty mieszkańców. czyni z nich ludzi szczególnych, wyjętych nieco spod (miejskiego) prawa. zameldowani są w innch miastach, w tym konkretnym, są tylko przejściowo. czekają na przesiadkę, ich myśli skierowane są ku miejscom, do których zdążają. jeśli czas oczekiwania nie jest zbyt długi, zwykle nie ryzykują wyjścia z dworca. nie chcą się spóźnić, bądź przeoczyć informacji dotyczącej ich pociągu. nie chcą wyjść do miasta, bo wiąże się to ze złamaniem niepisanej umowy, że są tu tylko na chwilę, że opuszczą to miejsce nie zostawiając po sobie żadnego śladu. nie chcą by miasto na nich wpłynęło, by ich zaciekawiło i sprawiło, że pojawi się chęć powrotu do niego, by stało się przedmiotem ich kolejnej wyprawy, a nie tylko punktem, który chcą jak najszybciej wypełnić i ruszyć w dalszą drogę z lub do domu.
zostają więc w środku. w gwarze ludzi, którzy tak jak oni są tu tylko po to by czekać na moment, w którym będą mogli opuścić to miejsce. czują się zmęczeni dłużącą się podróżą, zagrożeni przez obcych, po których nie można spodziewać się niczego dobrego, marzą o chwili spokoju, o kojącym, monotonnym stukocie kół pociągu.
są różne dworce. niektóre przepełnione są śpieszącymi i zdezorientowanymi podróżnymi, inne prawie puste, na korytarzach, których głośnym echem odbijają się kroki przechodzącej osoby, która nie pasuje do scenerii opuszczonego, niepotrzebnego zdawałoby się budynku.